Monika Misztal - Taki pejzaż widziałam.png

Schodzę głęboko - Z Moniką Misztal rozmawia Joanna Ruszczyk

Rozmowa Joanny Ruszczyk z Moniką Misztal

Czym jest dla Ciebie malowanie?

Murem, za który się chowam. Czuję się wtedy bezpiecznie i mogę się wychylić. Wyjść na chwilę i się nie bać.

A czego się boisz?

Kiedy byłam małym dzieckiem, miałam bezdechy. Tak zanosiłam się od płaczu, że aż brakowało mi tchu. Wzywali pogotowie. Zanim przyjechało, ja już oddychałam. Do dzisiaj chyba taka jestem. Malowałam głowy w kasku. Kask to alienacja, ale też ochrona jak w inkubatorze, przed światem na zewnątrz, toksycznym. Wychodzę jak kret z nory. Boję się, że jak do niej kogoś wpuszczę, to mnie kopnie czy powie coś przykrego.

„Z zamkniętymi oczami” — skąd ten tytuł? Malujesz intuicyjnie?

To obrazy, które przychodzą do mnie, kiedy zamykam oczy. Wtedy pojawia się pamięć. Staram się zrozumieć siebie poprzez to, co pamiętam. Większość jest zatarta, ale są momenty, kiedy widzę urywki. Namalowałam na przykład koc ojca. Napisałam nawet wierszyk na temat tego kocyka: „Och kratko, kratko, tak bardzo chciałam namalować tylko kratkę, zwykłą kratkę i nic więcej na obrazie. Och kratko, kratko, będziesz wspaniałym moim obrazem, bo bardzo chcę cię malować…”.

Widziałam na zdjęciu, że zaczęłaś malować ten koc od czerwonej kratki, która wyglądała trochę jak klatka. Malowanie to uwolnienie od wspomnień? Pamięci?

Wcześniej chciałam namalować ojca jako ptaka, który patrzy z góry i wszystko widzi. Teraz myślałam, że go zrobię gigantycznego, żeby był największą postacią na wystawie. Miał to być obraz 200 x 160 cm. Po raz kolejny tego tematu nie przeszłam. Ojciec nie ma już chyba władzy nade mną. Nie ma mocy. Na tym kocu się wysikał i umarł. Był słaby. To koc pośmiertny.

Mieszasz w obrazach codzienność, teraźniejszość z przeszłością, z trudnymi doświadczeniami.

Jak miałam kilka lat, uciekłam do lasu. Trzy dni nie wracałam. Spałam w śniegu. Ojciec kochał mnie na zabój, ale wymagał posłuszeństwa. Chciał, żebym była grzeczną, dobrze ułożoną osobą. Żebym była najlepsza w klasie. Musiałam do drugiej - trzeciej w nocy czytać książki na głos. I przynosić pas. Miał schizofrenię. Nie leczył się. Mama po każdym psychiatryku i jego próbie samobójczej podrzucała mu tabletki, ale ich nie brał. Gdzie mama nie poszła, biegł za nią z siekierą, bo myślał, że go zdradza. Moja siostra wszystko pamięta.

Namalowałaś stopy w śniegu.

A może w pościeli? Tak, naprawdę wisielcze są…

Malowanie to taki trochę psychoanalityczny proces? Odzywa się w Tobie skrzywdzone dziecko, kiedy malujesz?

Maluję z pozycji dorosłej osoby, której jako dziecko przytrafiło się dużo trudnych rzeczy. Lepiej czy gorzej, ale zaopiekowałam już to dziecko. Namalowałam tryptyk rodzinny — mamę, siostrę i siebie. Mama jest cała zapłakana. Ukrywa twarz, bo dużo złego widziała i ja przez nią. Jest czerwona jak świnia we krwi, po ubiciu. Jest delikatna, wrażliwa, jak małe dziecko zamyka oczy i jeszcze podtrzymuje i zakrywa twarz ręką dublując ten gest zasłonięcia, zamknięcia — koszmar jej małego świata. Musiałam namalować ten obraz, żeby stanąć już bez oskarżania rodziców o to, co złe. Przyni.sł mi ulgę, mogłam mamę w nim zobaczyć i przeanalizować. Wybaczyłam rodzicom. Jestem dorosłą osobą i oni już nie zrobią zbyt wiele dla mnie. Nie użalam się raczej nad sobą, że rodzice mi zjebali życie. Biorę odpowiedzialność za nie.

Był etap, że ucinałaś postaciom głowę, żeby nie pokazywać, że malujesz siebie. Potem już malowałaś się z bliska, bardzo bliska. Pokazywałaś cierpienie, rozedrganie, przeżycia. Przeciągałaś to aż do groteski. Gombrowiczowska gęba? Maska?

Nie wiem, nie zawsze wszystko wiem. Jest w tym jakaś sekretna sytuacja. Nikt nie pozwala się tak zobaczyć blisko.

Monika Misztal, Zagryzając się - Autoportret tryptyku rodzinnego, olej na płótnie, 150 x 120 cm, 2024
Kolekcja prywatna Małgorzaty i Marcina Kotułów

Ty pozwalasz.

Pozwalam takie obrazy zobaczyć.

Czyli dystans? Jesteś między zasłanianiem a odkrywaniem?

Trochę takie to jest. Bawię się w chowanego.

Ze sobą też? Trudno dotknąć doświadczeń z dzieciństwa? Pamięć raz je odsłania, raz zakrywa?

Są doświadczenia, kt.re spowodowały, że moja dorosłość jest pokrzywiona. Choroba ojca, przemoc, molestowanie przez nauczyciela plastyki, który mówił, że jestem wybitna. Profesor Susid powiedział, że w moim malarstwie jest ważne to, że nigdy nie wiadomo, o czym do końca jest obraz. Zawsze jest pewna niepewność, czy jest o przyjemnej, czy nieprzyjemnej emocji.

Facet, który Cię krzywdził, pchnął Cię w stronę malarstwa?

Tak, mam siłę od bandyty. Jeszcze taką wytworną. Tak to namalowałam: wygląda jak brzuch, ale to twarz i krawat. Krawat to dla mnie symbol penisa. A tu drugi: sukienka podniesiona do góry. Młodość. Łono. Majtki. Trochę zakryte, trochę odkryte.

Ciało jakby odarte ze skóry. Czerwone. Skóra to bariera ochronna.

Ktoś to naruszał.

Czerwień — namiętność, miłość, ale też agresja, zagrożenie. Kolor jest ważny dla Ciebie?

Właśnie dzisiaj sobie pomyślałam, że kolory są od światła, a światło od życia. Żywotna jestem w malowaniu, moje obrazy mają gęstość, energię. Ona jest tak duża, że nikt nie chciał się wieszać na studiach obok mnie. Gasiłam innych. Moje obrazy jakoś bardzo dźwięczały. Chodziłam i podziwiałam siebie. Mam trochę narcyza w sobie.

Jak malujesz obraz, to sprzeczne emocje się mieszają, leżą blisko siebie?

Chyba tak, bo jak jesteś molestowany, to masz przyjemność, a jednocześnie nienawidzisz. To zamieszanie emocjonalne — nie wiadomo, o co chodzi. Ale przy malowaniu w pewnym momencie coś pęka. Zaczynam podążać za obrazem, pojawia się moment złapania, syntezy. To jest rodzaj otwarcia. Nie zawsze są to rany.

Cykl „Głód i przesyt” był o karmieniu się, zapełnianiu wewnętrznej pustki?

O karmieniu się, ale też o rozdrobnieniu. Rozszarpywaniu. O przemijaniu. Nawet zrobiłam takie wideo z wiadrem z mielonką, w której się cała babram. Zatapiam się w niej. Mam też obraz, który był wiele lat temu na konkursie Gepperta, który malowałam w transowej akcji — farby kładłam bezpośrednio z tub na płótno. Tylko biały, czerwony, biały, czerwony — mieszałam te dwa kolory. Ten obraz był bardzo agresywny. Pokazałam, czym jest rozerwanie struktury. Chodziło o związek, relację męsko-damską.

O miłość?

Ładny kawałek mięsa, który się rozdziera.

Były też porno-erotyki, cykl o wstręcie, wstydzie…

Obudziłam się z choroby, patrzę w lusterko i mam długie paznokcie, zaniedbane pięty, wąsy — choroba to hormony. Sikałam pod siebie. Ale było mi wtedy wszystko jedno. To było zaakceptowanie siebie bardzo słabej. Każdy cykl jest po to, żeby się oczyścić z jakiegoś tematu.

To starsze cykle, teraz raczej przenosisz zainteresowanie z siebie, ze swojego świata wewnętrznego i emocji na to, co na zewnątrz. A może to łączysz? Widzę, że malujesz drogę, jazdę na rowerze. Kolorowy, wesoły obraz.

Dopóki nie pogodziłam się sama ze sobą i nie zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem, nie mogłam mieć prawdziwego, realnego, zmysłowego kontaktu ze światem na zewnątrz. Z perspektywy czasu widzę, że miałam przeczucie, co do mojej choroby, kiedy malowałam autoportrety w różnych emocjach i zmienne prognozy pogody. Już przestałam widzieć tylko siebie, kiedy zamykam oczy — mam lepszy kontakt ze sobą i z rzeczywistością. Teraz już wiem, kiedy atakuje mnie choroba.

"Taki pejzaż widziałam" z kolekcji Abundius Pawła Adama Piotrowicza

Monika Misztal, “Taki pejzaż widziałam”, olej na płótnie, 80 x 100 cm, 2025
Kolekcja Abundius Pawła Adama Piotrowicza

Namalowałam ostatnio toaletkę przed randką. Perfumy, szczotki do włosów, gumki. Jeansy leżą. Czerwone majtki — spore, ale jak je malowałam, to tego nie widziałam (śmiech). I pole ogórkowe.

Pole ogórkowe?

Pamiętam, że kiedy byłam mała, chodziłam po ogórki, żeby mama mi zrobiła mizerię. Lubię ogórki i kaktusy.

Monika Misztal, Ogórki, olej na płótnie, 100 x 120 cm, 2025

Dlaczego kaktusy?

Są w dotyku trochę ostre, nieprzyjemne. Ogórki są podobne.

Poruszyło mnie, że pomimo różnych trudności życiowych — doświadczenia bezdomności, kryzysu psychicznego — cały czas malowałaś.

Malowanie idzie z moim życiem. Jest zrzuceniem z siebie emocji, ciężaru. Trzyma mnie. Jest wsparciem, barierką, przy której idę. Jak maluję, mam poczucie wartości. Jak namaluję dobry obraz, to wydaje mi się, że jestem niemal jakimś bogiem. Wiem, że to śmiesznie zabrzmi, ale ja wierzę w coś takiego, jak łaska, że coś na mnie spływa i prowadzi obraz, jakby głos wewnętrzny mówił mi, co mam robić. Wtedy są najpiękniejsze obrazy, które mnie samą zaskakują tym, co odkrywają przede mną, co mówią o mnie i jak głęboko schodzą, żeby dojść do jakiejś klarowności. Przerastają mnie. Zanim ja dojrzeję do tego wszystkiego, co maluję…

Ale nie jest tak, że zawsze to mam, nie można być cały czas w takim napięciu.

Może to po prostu bardzo silne emocje, które Cię pochłaniają?

Zazwyczaj maluję za jednym podejściem, nie zostawiam „ogonów”, bo emocje są w tej konkretnej chwili. Nie wracam już do obrazu, żeby dopieszczać, czy jak mówią malarze — „dziergać na drutach”. U mnie to bardziej operacja, coś śmiertelnie poważnego. Może to jest oczyszczenie? Oddaję się temu całkowicie. Malowanie jest z pokory wobec stanu, który mam. I ze skupienia. Coś wchodzi we mnie wtedy bardzo czystego.

A czym jest pokora dla Ciebie?

Jak jesteś ogrodnikiem i pielęgnujesz kwiaty. Słuchasz ich, podlewasz, przesadzasz, nie ciągniesz korzeni. Jesteś cierpliwa, troskliwa — wiesz, że nie możesz przyspieszyć ich wzrostu. W obrazach staram się być najlepsza, najlepsza dla obrazu. Chcę namalować najlepiej jak potrafię, w największym skupieniu. W malowaniu osiągam skupienie, którego nie mam na żadnym innym polu.

Czyli z malowaniem łączy się spokój, skupienie, staranie się.

I pokora. Ładne rzeczy, co?

Malarstwo Cię w jakimś sensie uzdrawia?

Nigdy nie medytowałam, ale myślę, że to coś podobnego. Wyłączenie się całkowite. Jestem wyciszona, jak maluję. Czuję spokój. Na codzień — jak ktoś powiedział — jestem jak drut pod napięciem.

Na przykład wczoraj się tutaj zwijałam z każdej strony ze swoich emocji, bo Dżordżika pies pogryzł i chcieli mnie oszukać, żebym zapłaciła za awarię prądu. Takie małe rzeczy mnie rozwalają. Jestem porozbijana na części, więc zanim się złożę i coś zrobię, co jest widoczne na zewnątrz, to mi schodzi. Dużo pracy wkładam w to, żeby się poskładać do świata. Wstaję od 6 do 12. Tyle trwa, zanim się wyliżę, wstaję i to niekoniecznie całkiem pięknie. To jest moja konstrukcja, że zanim sobie poradzę, to jestem rozwalona.

Tylko, kiedy się poskładam do kupy, psychicznie i fizycznie, mogę namalować obraz. Muszę być pogodzona ze światem, nie mogę mieć konfliktu na zewnątrz, pies musi być zdrowy. Wszystko ma działać. Nawet musi być posprzątane, a ja wykąpana. Wtedy siadam do malowania.

Monika Misztal, Pies, olej na płótnie, 80 x 60 cm, 2025

Masz wewnętrzny przymus malowania?

Mam w sobie wewnętrzny bat, że mam iść malować. Wolałabym pójść pobiegać. Siedzę uwalona w tej farbie, spocona, zmęczona, do nikogo nie mogę się odezwać. To cała masa krat, które muszę zamknąć. Do społeczeństwa, do ludzi.

Na początku zmuszam się. Za każdym obrazem. Jestem zwykłym pracownikiem — malarką. Malowanie to jest praca. Dopiero czas mnie otwiera, po kilkugodzinnym, żmudnym kręceniu się wokół obrazu — mieszaniu farb, podchodzeniu, rysowaniu, przerysowywaniu, zaczynam się uspokajać i słuchać obrazu.

Czyli malowanie jest więzieniem? Wcześniej powiedziałaś, że jest murem, za którym się chowasz.

Jak żyłam w piwnicy, wszystkie ściany się sypały, tynk odpadał. Codziennie kułam ścianę aż do cegieł, bo okazało się, że tam jest ładna czerwona cegła. Mówiłam sobie, że jak skończę te ściany robić, to wyjdę z tej piwnicy, będę już gotowa. Takie przekonanie miałam. Z obrazami też tak mam. Myślę, że jak zrobię ten, ten i ten obraz, to przechodzę przez jakieś piekło. Obrazy są o moim przechodzeniu przez piekło. Wykonuję je w pokorze, rzetelnie, najlepiej jak potrafię i tak przechodzę do czegoś lepszego.

Dla mnie to brzmi jak proces przepracowywania traumy.

Może nie chce zaakceptować, że takie to jest? Czuję się stuprocentową artystką, która doskonale wie, co znaczy farba i wie, jak się nią posługiwać. Nie chce się zgodzić z tym, że czasami jestem chora, odklejona od rzeczywistości, bo to nie ma dla mnie wartości artystycznej.

Staram się, żeby moje obrazy były dobrze zbudowane, malowane dobrymi farbami, zawsze czystymi pędzlami. Duża dyscyplina. Czasami jestem załamana, jak maluję większe formaty, bo nie jestem w stanie tego fizycznie wytrzymać. Ciało mi odmawia posłuszeństwa, a tu trzeba malować. Raz miałam przez stres taki ścisk pośladków, że był ucisk na biodro i nie mogłam stanąć z pół roku na nogę. Mniejsze obrazy maluję za jednym podejściem, w tej emocji, którą mam, zostaje w nich ta energia. To wyładowania, informacja o moich emocjach. Teraz jest trochę tak, jakbym uczyła się malować. Większe formaty są bardziej zbudowane na formie, strukturach. Dużo poprzeczek. Mury sobie stawiam.

Dojrzałaś jako malarka?

Format tego ode mnie wymaga.

Ale ty decydujesz o formacie. Potrzebowałaś większej przestrzeni? Co te większe formaty ci robią?

Jeszcze bardziej mnie osaczają. Moim zdaniem moje obrazy świetnie by się miały na wystawie, gdzie są pokoik, i w każdym pokoiku jest po jednym obrazie. Jeden na jeden.

Mury sobie stawiasz, ale przechodzisz je?

Raz przechodzę, raz upadam, muszę wracać i robić to samo.

Stąd cykl „Ćwiczenia z upadania”? Chcesz się nauczyć upadać, żeby przygotować się do porażki?

Chyba tak, bo jak przyszła pierwszy raz, to była katastrofa. Pustostan, śnieg nad moją głową, ja we łzach. Próbuję kontrolować, żeby znów tak nie upaść. W „Ćwiczeniach” jest też to, że jak się poddaję, to upadek jest lżejszy. Jak odpuszczam. Kiedyś się bardzo frustrowałam, że nie mogę być tak silna, jakbym chciała, ale zrozumiałam, że im bardziej chcę być silna, tym jestem słabsza. Teraz nauczyłam się odpuszczać.

Można się nauczyć upadania?

Jak upadniesz raz, drugi, to umiesz wstawać. Za każdym razem wstajesz lepiej. Szybciej szukasz rozwiązań na problemy.

Czyli to też ćwiczenia ze wstawania? Czujesz swój sukces?

Mało. Może to jest ta przyczyna depresji? Ja stawiam sobie wysoko poprzeczki. Jestem bardzo ambitna od dziecka. Pierwsza zapalałam rano światło przez całą podstawówkę, żeby mieć wzorowe zachowanie. Może dlatego, jak mi się kilka rzeczy nie udało, odczuwałam to jako katastrofę.

Kiedy odkryłaś, że malarstwo jest dla Ciebie tak ważne?

Jako nastolatka wiedziałam, że wchodzę w jakieś transy i mi to idzie. Pomimo tego, że miałam kiepsko rozwinięte zdolności manualne, techniczne, bo krótko raczkowałam, a to dla rozwoju dziecka jest bardzo ważne. A mnie szybko postawili na nogi i hyc — musiałam chodzić. Ale mimo to nauczyciel od plastyki, ten który mnie molestował, mówił, że jestem wybitna. I ja w to uwierzyłam.

Na wystawie jest obraz z zaciśniętą pięścią.

W pościeli. Zaciśnięta jak usta. Brak słów. Coś niewypowiedzianego. To jest też moment tuż przed gestem pokazania środkowego palca, „spierdalaj”. W razie czego ta pięść potrafi też przyłożyć.

Monika Misztal, W pościeli, olej na płótnie, 100 x 120 cm, 2025

Jak się czujesz, kiedy obrazy idą w obce ręce? Masz emocjonalny stosunek do nich?

Chcę, żeby te moje dzieci były jak najpiękniejsze i, żeby było ich jak najwięcej! (śmiech). Ludzie widzą w tych obrazach siebie. Kupują kawałek siebie. Może też się w ten sposób oczyszczają?

Za rok kończysz 40-tkę. Jakieś marzenia?

W pewnym momencie przestajemy chcieć spełniać czyjeś marzenia, a nie znany jeszcze swoich.